3 rano.... zniknąłeś
jak nigdy.
Rozpłynąłeś się w powietrzu,
jak ulotny gaz.
Zniknąłeś... może nie na zawsze
Mam nadzieję, że nie.
Kołysanka o samotności wciąż obecna
nasila się w głowie, chcąc wypłynąć na powierzchnię
i głośnym krzykiem wydobyć się z wnętrza ciała.
Wróć.... Gdzie jesteś?
Ciało przeszywa przenikliwy mróz.
Nie czuję bólu. Nie czuję żalu.
Po prostu wróć i ogrzej. Niczego bardziej nie pragnę.
Marznące stopy przykryte białym puchem zaczęły się rumienić.
Spoglądam w dal.... nic... prócz płomyków latarni moje oczy nie dostrzegają.
Wróć... Śińce na policzkach od czekania zaczynają boleć.
Proszę wróć... Gdzie jesteś? Dlaczego zostawiłeś samą...
Samą z tym wszystkim.... Nadal mam nadzieję...
Choć mam wrażenie że odszedłeś na zawsze.









